Gdy wszyscy szaleli na przedswiatecznych zakupach, przebierajac nogami w kolejce w Tesco w oczekiwaniu na swoja sztuke karpia, ja szykowalem sie do wyprawy do Peru. Wyjazd gwarantowal strzelanie karpia przez blisko 3 tygodnie! A w diecie mialy sie pojawic takie smakolyki ja swinka morska, lama, ceviche (marynowane owoce morza), mate de coca (lokalna herbatka - i wcale nie chodzi tu o herbatke u szamana).
Trasa prowadzila od Limy na poludnie wzdluz Pacyfiku do Pisco, wyspy Islas Ballestas, Ica, Huacachina (miasto otoczone wydmami), Nazca (ryciny na pustyni), Cuzco i Swieta Dolina wraz z Macchu Picchu, Puno i jezioro Titicaca, Bolivia (tu w sumie nie mielismy sie pojawic ale tak wyszlo!), Arequipa, Kanion Colca i powrot do Limy. A wszystko to jedyne 3-4,000 km czyli prawie na 1 glebokim wydechu.
Jak sie okazalo na wstepie, ulubionym drinkiem stal sie Pisco (40% alkohol na bazie winogron), podawany jako drink o nazwie Pisco Sour (kwasny) z ubitym bialkiem z jajka. Moja kompanka podrozy, Betka, szybko uczciwie stwierdzila ze pisco robi w glowie "peace" (s-pokoj), wiec delektowalismy sie nim bez skrupulow.
Podrozujac po kraju lokalnymi autobusami (kupujac czasem imienne bilety pod przybranym i popularnym wsrod Peruwianskiego narodu nazwiskiem "Brzeczyszczykiewicz") mielismy wrazenie jakby caly kraj nam kibicowal. Kazdy chcial byc pomocny, sluzyl rada. Do tego stopia ze jadac do miasta Pisco, caly autokar jednoczesnie wrzasnal "jeszcze nie!!" w momencie gdy chcielismy wysiasc za wczesnie.
22 grudnia, Rezerwat Paracas, Pacyfik. Calodzienna wycieczka za jedyne 65 soles (prawie 65zl). Na wyspach ala Galapagos podziwiamy tysiace ptakow (przez co noszenie czapki jest surowo wskazane bo ciagle cos leci z nieba), fok, lwow morskich, pigwinow. Wycieczke obsluguje Pan Capo. Potezny, owalny Peruwianski Ojciec Chrzestny ktory zajmuje 2 fotele w mini-busie. Capo nie rozstaje sie przez caly dzien ze swoim stacjonarnym aparatem telefonicznym trzymanym pod pacha, ktory o dziwo dzwoni. Nawet na pustyni! Cuda techniki peruwianskiej... daleko nam do takich rozwiazan.
23 grudnia, Huacachina. Miasteczko-Oaza, tuz za Ica. Oczko wodne, palmy a dookola wydmy. Na dzien dobry przepyszne sniadanie, czyli to co zawsze: bulki jak suchary, nieslone sadzone jajka, rozpuszczalna kawa Nestle na wodzie. A wszystko to przychodzi w sporych odstepach. Wieczorem jazda na deskach po wydmach (sandboarding) ktore rownaja sie wysokosci 4 pietrowego bloku. A wszystko to na brzuchu, w dol, na kreche az mi zerwalo moja marokanska czapke z glowy po ktora juz nie mialem sily sie wdrapac na 3cie pietro wydmowe. Na koniec szalona jazda po piaskach terenowym bolidem. Gora, dol, gora, dol - w ciemnosciach. Niezla adrenalina, po ktorej idziemy sie wzmocic szklaneczka Pisco Sour.
24 grudnia, Wigilia na pustyni. Lokalna rodzina z hostelu zaprasza nas na wigilijna kolacje. Start o godz. 23:00. Rozpoczyna sie drinkiem Pisco Libre (pisco z cola). Czekamy do polnocy, kiedy to jedno z dzieci podklada figurke Pana Jezusa do szopki. Czas zaczac biesiade... jak tylko dzieci rozpakuja swoje prezenty! Zajmuje to skromne 1,5 godziny bo podarki pietrza sie jeden na drugim. Wreszcie kolacja. Hurrra! Kazdy dostaje porcje indyka i wieprzowe kotlety. Wszystko polane gestym musem jablkowym i zagryzane Pandoro (wloska babka z owocami). Do kulinarnego folkloru dolaczyla polska kutia, dwa wina oraz przygotowana przeze mnie salatka z tunczyka. Co chwila wznosimy kielichy mowiac na zmiane "na zdrovije", "salud" lub "Pistola, pistola" - tak kolega Victor zapamietal nasze "sto lat, sto lat", ktore zaspiewalismy dzien wczesniej.
Przed wyjsciem na kolacje powiedzialem do mojej kompanki Betki - "Bog jest Wielki". Zgotowal nam niesamowita kolacje wigilijna, wsrod dobrych i serdecznych ludzi (a balismy sie gdzie wyladujemy). W pelni to podtrzymuje i dziekuje ze moglismy sie dla odmiany znalezc sie w tym miesjcu i doswiadczac jak inni swietuja narodziny Jezusa. Tesknilismy chwilami za domem, ale takie swieta tez trzeba przezyc.
0 comments:
Post a Comment