Thursday, October 08, 2009

Kula u nogi na Majorce

Wybila 9.00 rano 30 wrzesnia kiedy moja noga stanela na jeszcze nie odkrytym przeze mnie ladzie - Majorce. Poltorej godziny pozniej w Alcudi nowa wyspa szybko przypiela mi kule u nogi: Hotel BelleVue w wersji all inclusive. Sam o to prosilem, ale w koncu w zyciu trzeba wszystkiego sprobowac...

Potem byl juz tylko szok za szokiem. Tlum Angielek o owalnych gabarytach i urodzie odziedziczonej po Mary Ann Bevan*. Do tego dochodza jedyni w swoim rodzaju Angielscy macho ze zlotymi grubymi lancuchami na szyji i dziargami na calym ciele - im wiecej tym lepiej, wlacznie z tatuazami na calej twarzy! Wszyscy mieli jakis przedziwny akcent po ktorym stwierdzilem ze nie znam jednak angielskiego i jesli to jest prawdziwy obraz Anglii to ja chyba nie chce juz starac sie o UK paszport!

Ciekawe ze trzeba pojechac az na Majorke aby zobaczyc jak wyglada Wielka Brytania. Wplyw angielski w popularnych kurortach jest tak duzy ze lokalne restauracje serwuja "English breakfast" przez caly dzien, a bary pokazuja non stop angielska pilke nozna. Skoro jest popyt musi byc odpowiednia podaz, nie?

Na szczescie ucieczka byl wypozyczony rower, pol dzikie plaze, genialny wschod slonca, karmienie ryb z reki w zatoce (bulka wykradziona ze stolowki)... no i slonce, slonce i prawie 30C na poczatku pazdziernika. Rewelacja!

* Ogloszona najbrzydsza kobieta swiata na poczatku XX wieku. Wikipedia: http://en.wikipedia.org/wiki/Mary_Ann_Bevan

Sunday, August 02, 2009

Powitanie z Afryka czyli cinkciarze na weselu

Okazuje sie ze wcale nie trzeba jechac do Afryki, aby ta sie uklonila i powiedziala do Ciebie "Dzien Dobry!". Mialem okazje uczestniczyc w nigeryjskim tradycyjnym weselu we wschodnim Londynie.... i to jako SWIADEK (Bestman!), a wiec powazna sprawa!

W sumie to moja podroz po angielskiej Nigerii zaczela sie od tego, ze najpierw musilismy kupic dwa takie same garnitury (dla Pana Mlodego oraz dla mnie jako swiadka). Argument byl taki, ze tak nakazuje tradycja. Pierwszy budzet o jakim uslyszalem to bylo po 1200£ za sztuke co mnie troche przerazilo - na szczescie po negocjacjach udalo sie kupic stroje po 200£ kazdy. Ufff....

Sobota, 1 sierpien - wybila godzina zero. Pan Mlody poprosil abym spotkal sie z nim w mieszkaniu znajomego o godzinie 7:30 rano! Nauczony doswiadczeniem ze koledzy z Afryki raczej slabo znaja sie na zegarkach pojawilem sie na miejscu o 8:45, i tez bylo ok. Do okolo 9.30 krecilismy sie troche bez celu, a nawet udalo mi sie skoczyc do sklepu i zrobic nam sniadanie, tuz po czym Pan Mlody zakomunikowal mi ze musi sie zdrzemnac bo oka nie zmruzyl ostatniej nocy. He?! Popatrzylem ze zdziwiono-rozdziawiona mina. Ale przeciez za 1,5 godziny mamy byc w kosciele! Kolega Diposki (spolszczona ksywka od Oladipo), wskoczyl do lozka i nakryl sie koldra, a ja w miedzyczasie pojechalem odebrac jego ojca z domu znajomego.

O 10:30 Diposki przypomial sobie ze trzeba jeszcze umyc jego samochod... a jak wspomnialem ze o 11:00 powinnismy byc w kosciele, to machnal reka mowiac ze mamy duzo czasu. I faktycznie! Bylismy na miejscu o 12:08. Panna Mloda juz czekala pod kosciolem (*NB: nie ma tu tradycji ze Panstwo Mlodzi podjezdzaja razem).

I juz prawie wskakujemy w biegu do kosciola... kiedy to wyrasta przed nami fotograf i kaze pozowac przez kolejne 15 minut! Kiedy juz udaje sie oswobodzic ze szpon paparazzi udajemy sie na pierwsze pietro budynku. Tam powoli zbieraja sie goscie, ubrani w tradycyjne niegeryjskie stroje. Sala plonie w kolorach. Zolty, czerwony, niebieski, zielony... Maly chorek (w stylu gospel) zaczyna nucic religijne piesni i wszyscy wpadaja w trans tanczac, klaszczac i spiewajac wedlug wlasnego uznania. Ja i Diposki w takim wlasnie preludium bedziemy jeszcze trwac przez godzine (!). Tance i spiewy az wszyscy sie dobrze rozgrzeja. (A Panna Mloda ciagle siedzi w samochodzie i czeka! A co... mamy przeciez czas!). Cala ceremonia trwa okolo 3 godzin - wiekszosc czasu to wlasnie spiew i taniec, a ze stalem w rzedzie numer jeden to nie mozna bylo sie obijac. Nawet kiszki marsza mi graly w rytm tej muzyki! Ale nic to, po kosciele jeszcze tylko sesja zdjec w parku i juz mozna bedzie jesc!

Halo, halo! Okazuje sie ze nie tak predko. Po ceremonialnym i rytmiczno-tanecznym wejsciu na sale bankietowa (salka przy kosciele, bez okien i wentylacji - idealnie tworzyla makroafrykanski klimat o tempetarurze 35C!) zostajemy usadzeni na krolewskich fotelach na podwyzszeniu. Ci co sprawniejsi siedza przy stolach (okolo 200 gosci) - niestety nikt nie przewidzial ze kolejne 100 osob bedzie sie tloczyc w holu i przy drzwiach, wiec na predce na zewnatrz budynku dostawiane sa stoliki i krzesla, lub tylko krzesla jak juz zabralko stolikow.

Nagle ktos sobie przypomnial ze mozna by wlaczyc wiatraki, bo temperatura w sali robila sie powoli nie do zniesienia nawet dla moich afykanskich kolegow. Chwile pozniej za moim plecami (akurat tam bylo jedno z niewielu gniazdek) staje wiatak conajmniej mojej wielkosci. Po wlaczaniu sprawil ze prawie odlecialem wraz z moim krzeslem!

Waznym punktem ceremoni jest wygloszenie przemowienia przez swiadka. Zanim sie zorientowalem stalem przed tlumem 300 osob mowiac "ladies & gentlemen... baunji?" (jak sie macie?). Przez okolo 6-7 min produkowalem sie robiac zarty z Pana Mlodego i tego jak pod wplywem znajomosci ze swoja ukochana zmienil sie z ryczacego lwa w potulna myszke.

Jest dobrze - lecimy dalej. Panstwo Mlodzi nadal siedza w swoim podwojnym krolewskim fotelu i obserwuja (nic nie jedza, bo tak jak ja oni tez nie maja stolika, a nie przyszlo im do glowy ze w powietrzu tez mozna jesc!). Chwile pozniej oberwala mi sie jakas wolna porcja (ryz, pataty z duza iloscia chili, dwa liscie salaty i spalona noga od kurczaka). Dawno juz jedzenie nie smakowalo tak dobrze...

Po przemowach i innych atrakcjach zaczynaja sie tance (jakbysmy jeszcze dzis nie tanczyli!) i wtedy dopiero zrozumialem po co na weselu sa podtrzebni cinkciarze! A bylo ich dwoch (ubrani na czaro, z wielkimi lancuchami na szyji oraz ciemnymi okularami slonecznymi). Obnosili sie po calej sali trzymajac w reku po dwa wielkie pliki 1-no dolarowek. Okazuje sie, ze tradycja nakazuje Mlodej Parze tanczyc a gosciom obsypywac ich pieniedzmi (a swiadkom przenikac na czworaka pomiedzy tanczacymi i zbierac pieniadze!). Wybor padl na banknoty jednodolarowe, bo obrzucanie funtem w bilonie nie wyglada tak atracyjnie (no i pewnie troche boli jak sie dostanie moneta w glowe). A ze chodzacy kantor jest na miejscu to wszystko wreszcie mialo sens.

Impreza dogorywa okolo godziny 21:00. Spora czesc ludzi ulatnia sie z podarkami - okazuje sie ze ktos byl chojny i podarowal niektorym gosciom zestawy wiatrakow i wag. Widzialem tez sporo osob maszerujacych z szczotkami do mycia toalety. Niestety nie udalo mi sie zalapac na zaden z tych prezentow - musialem cos przeoczyc chyba przez to ze wypilem tylko 1 kieliszek wina.

Saturday, May 30, 2009

Reminescencje z podrozy przed A.D. 2006

S.P. Kapuscinski pisal ze ekran komputera go denerwowal, bo czul ze ten sie na niego gapi, wrecz krzyczy "hej stary! napisz cos!", a on nie potrafil. Zbieral swoje zabawki w postaci piora i papieru i znikal tworzyc w gabinecie zawalonym ksiazkami.

A ja chyba lubie jak ten ekran wytrzeszcza swoje galy na mnie, bo motywuje mnie zeby cos nowego naskrobac. Do Kapuscinskiego mi co prawda daleko, ale pomyslalem sobie ze pisac kazdy moze... Gdzies trzeba zaczac :)

I tak, tuz kolo 3.30 nad ranem (coz za tworcza pora!) zakotlowala mi sie w glowie mysl... Jejku! Przeciez ja nic na tym mizernym blogu nie opisalem z przezyc w Stanach, RPA, Indiach. Ciulek jestem! Drapie sie wiec teraz po mozgowicy i probuje przypomniec rozne smieszne historie, a przeciez bylo ich kilka...

Zatem pokolei. 1,2,3... Lecimy! (c.d.n)

Tuesday, May 19, 2009

Opowiesci Korsykanskie

Czajnik marki Tefal usmiechal sie walizce Anny Z. Cieszyl sie ze bedzie podgrzewal zupki chinskie we Wloszech i Francji. No i marzyl ze stanie w szranki w wloska kawa parzac wode na kawe rozpuszczalna zabrana przez Kamile M. Tak zaczel sie 5 dniowy 4-osobowy, spontaniczny skok po ladach Sardyni i Korsyki.

Szybko okazalo sie ze slowem kluczem wyjazdu bedzie "obsrupany", czyli poobdzierany, zniszczony... bo tak tez wygladaly budynki w Cagliari, Basti i Pizie. Etymologia slowa nie jest blizej znana, ale zdaje sie ze ma poczatki w okolicach Glogowa od niejakiej Joanny S. co sie aniolem Serafinem tytuluje.

Pierwsza noc w Cagliari zakonczyla sie kolacja w lokalnej restauracji gdzie pomocnikiem kucharza okazal sie Pan Marek. A ten zamiast przerwacac nasze ryby na ruszcie stal w swoich upackanych ubraniach przy naszym stole i opowiadal jak sie zarzadza lokalem w Italii. Po pierwsze nalezy zatrudnic wszystkich nielegalnie, aby mogli z kontrola zawitac Carabinieri i wlepic wlascicielce 40,000 euro kary. Po drugie, jak juz jest kontrola to nalezy powiedziec ze sie pracuje w restauracji bez umowy, najelpiej od kilku miesiecy coby kara byla wyzsza (tak uczynila kolezanka z pracy Pana Marka ktory w tej trudnej i mrozacej krew w zylach sytuacji zachowal mimo wszystko trzezwy umysl i przyznal sie tylko do 1 dnia nielegalnego zatrudnienia!). Inna sprawa jest to ze nie nalezy sporzadzac biznes planu, analizy wykonczenia lokalu. Oczywiscie, pracownicy maja prawo jesc, pic i brac z restauracji ile wlezie. Nie wazne sie biznes nie bedzie na siebie zarabial - wazne ze wszyscy dookola sa zadowoleni. Naturalnie, aby restauracja byla orginalna nie ma w niej menu, a nasz posilek to byla wielka niewiadoma az do samego konca zapewniajac tak upragniony dreszcz emocji. Po negocjacjach z 30 Euro zeszlismy na 20 otrzymujac w zamian wino, przystawki, rybe w winie i 30-sto % "sok z borowek" na trawienie, ktory na Anne Z. zadzialal pozniej wrecz piorunujaco. Grajac w skojarzenia-kategorie, na pytanie marki samochodow (po serii Mercedes, Fiat, Porsche, Anna Z. odpowiedziala "Traktor"! :)

Ale to byl dopiero poczatek. Za jedyne 164 Euro wypozyczylismy samochod na jeden dzien! Wow... taniocha. Przemierzylismy przez Oristano do Alghero konczac w Santa Teresa. Chwile pozniej powitala nas Korsyka i Ajaccio (czyt. Azaksju).

Wtem! Szok - od cieplych jak kluski gniocchi Wlochow do nieprzyjaznych i zimnych jak zabie lydki Francuzow, co palcem nie kiwna aby Ci pomoc i dogadac sie z Toba(poza kilkoma wyjatkami).

W Autobusie do Ajaccio rodzi sie na kolanie... historia! Wszyscy w kolo mysla ze jestesmy nacpani, bo przez 4 godziny sie smiejemy, ale wlasnie tak powstaja Opowiesci Korsykanskie! Spontanicznie ukladane historie zlozone z wyrazow zaczynajacych sie na te sama litere. W ten sposob bedziemy jeszcze osiagac orgazmy smiechu przez kolejne kilka dni (na imprezie w pokoju hotelowym, na plazy i promie). Urodza sie dzieciece opowiesci dla doroslych gdzie sponsorami byly literki "R", "K, "B", "T", "Z", "S", "O", "M", "P".

Fragmenty:

"Renata raczej z rezerwa rozpiela rozporki rycerzom. O rety! Rakiety! Rezolutni rycerze rozhustali rozbawiona Renate na rowerze. Rozpalili race raczac sie racuchami. Raz rybki raz rower."

"Biskup Bonifacy bardzo bystro blakal baka na bazarze w Bedzinie. Bydlo bylo biedne bo Biskup Bonifacy nie bzykal beznadziejnej Basi bez biustu, brwi i o biodrach biedronki bezdzwiecznej"

"Zajac zaskoczyl zamoznych zielonych ziewajacych zoo-technikow. Zobaczcie! Zawyl zajac. Zostaliscie zgwalceni przez zezowate zolzy z Zimbabwe! ZuluGula zaniemowila i zamowila zasmazke z zajaca."

"Kochliwa Katarzyna kopnela krasnoludka w krok. Ku**a! Krzynal karzel. Katastrofa! Katuja kreature ktora kocha karaluchy!"

Po krotkim lansowaniu sie na bulwarze w Ajaccio i lokalnej dyskotece gdzie Heineken 0,33 kosztowal jedyne 11 Euro ruszylismy w dalsza podroz. Wyspe numer dwa od Ajaccio do Basti przemierzylismy kolejka (najpierw szeroko a pozniej waskatorowa). Niestety mielismy troche wieksze oczekiwania co do widokow kiedy pociag jechal slalomem wsrod lokalnych gor, wiec nie dziwie sie ze wspoltowarzyski wyprawy przykimaly podpierajac glowami okna wagonu.

Obserwacje Korsyki zakonczyly sie spostrzezeniem ze wszyscy witaja/zegnaja sie pocalunkiem w policzki (2 razy). Moze to i ok, ale wyglada to naprawde dziwnie kiedy dwoch nastolatkow zamiast przybic piatke lub uscisnac grabe na dzien dobry i do widzenia daje sobie buziaki jak u cioci Heli na imieninach po kilku lufkach babcinej nalewki...

831 kilometrowe Giro d'Italia (wg. Google) zakonczylo sie w Pizie po 4 godzinnym rejsie z Bastii do Livorno. Piza zamiast powalic nas na kolana rzucila nas na lopatki glownie chaosem na ulicach, obsrupanymi budynkami i lumpami. Nawet slynna wieza jakos krzywo sie usmiechala :)

Sunday, September 14, 2008

From Dalmatia to Croatia

I would never think that Croatia has such a tremendous history. The Romans ruled that territory for 5 centuries as thanks to its network of roads it facilitated the international trade. Good business for The Romans in other words!

When the Roman Empire started to disintegrate the two strong Dalmatian emperors emerged and divided Dalmatia into two regions. Around the 8th and 9th century Dalmatia accepted the influence of Byzantium abd experienced christianisation. In the 11th century Hungary launched invation over Croatia. Numerous wars plus Chingis Han's and his Mongols visit put the Croats into financial troubles, so they stroke a deal in 1409 with Venice selling them rights to Dalmatia for 100,000 ducats. The Venetian Empire was nothing less than a massive economic exploitation - the merchants could only sell their products (olive, fish, wine, figs, salt etc) to the Venetians and only at the price they were willing to pay. Shipbuilding was banned, so it did not create competition to Venice! Nothing new was built - no schools, no roads. Nothing until Napoleon came in 1805 and turned around the country by initiating reforms as probably the whole population was illitarate at that time!

That region has a really long and complicated history with WW II, Tito, Yugoslavia and its collapse together with the end of communism...

Overall, really nice country. I travelled from Zadar to Split down to Dubrovnik and back to Zadar. I was generally impressed (great waether, coastline, friendly people) and shocked by the high cost of living, property pricing (sky-high in Dubrovnik!) plus the anti-EU joing attitude.

Worth visiting...

Thursday, July 17, 2008

Spanish / Moroccan Journal

Andalucia -> Morocco -> Gibraltar

Not sure where to start trying to grasp the travel in a few bulletpoints, so I guess I will keep it straight down to some simplistic observations...

Southern Spain / Costa del Sol - fantastic and extremaly hot weather with nights at 28-30C. I also had this impression that I've never seen such a congestion of Lidl Supermarkets as I came across there. Another thing is that Spaniards smoke like mad, even when I was buying my ticket at the Torremolinios bus station the guy at the ticket cashier was smoking a fag... no comments :)

I travelled to Morocco via the Gibraltar Channel. Interesting journey as I had to queue to the passport/visa window for 1,5 hrs while on the ferry. Then we picked up a taxi from Tangier to CHEFCHAOUEN - typically a 20 year old mercedes. It was at least 35C and all windows were closed and the car did not have window handles! All of a sudden the driver pulled out a handle out of his pocket and said - Help yourself! :))

Another observation: nice, clean, new high speed roads. Very impressive, but there was a catch... which I never understood. To give you a big picture, just imagine you are driving on a nice highway, going pretty fast, the road is straight and easy, but all of a sudden emerges... a ROUNDABOUT! Just like that - in the middle of the road. What's more, nobody respects them! Crazy stuff, but who cares - we are in Africa!

In Morocco nobody oficially drinks alkohol - just moroccan whiskey :) which means a hot tea with fresh mint and loads of sugar! The law is that men socialise with men only. 60% of women are illeterate and powerless in the Moroccan society.






TBC.............. when I get the time!

Wednesday, April 09, 2008

Sledztwo Sycyliano - Na Tropie Pomaranczy


Sorry guys, this time in Polish...

Kwiecien... wyprawa na kilka dni na Sycylie. Juz poczatek byl podejrzany. Palermo i lotnisko nad samym wybrzezem. Wygladalo to co najmniej jak ladowanie w morzu... Szybko przedostalismy sie do poobdzieranego i kosmatego miasta. Powital nas Grand Hotel.

Przez caly dzien chcielismy kupic jakis przewodnik ale razem z Maciejem O. uznalismy ze benefitem zwiedzania Sycylii w ciemno jest to ze sie do niczego nie uprzedzamy!

No tak, ale dokad pojechac? Hmmm... no przeciez jest ta... jak jej tam? ETNA! Mielsmy maly boj, bo to w sumie daleko, wiec sie opieralem... ale przeznaczenie ( i Maciej O.) chcialy inaczej. Przebiegly los posluzyl sie do tego pomaranczami, portfelem i kilkoma dzikimi swiniami.

Zatem o tym jak wyladawalem pod Etna...

Sobota popoludnie. Gdzies miedzy Palermo a Messina, czyli Santa Agata i Capri Leone. Polnocno - wschodnia Sycylia. Tam spotykaja sie Sycylijskie gory, morze i dzikie pomarancze (te wcale nie sa w srodku czerwone - Tymbark klamie), ktore kazaly nam wysiasc z wypozyczonej "terenowej Corsy 1.3". Ot, taki niewielki spontan. Szaber pomaranczy przy malej drodze, gdzie wlasnie skonczyl sie asfalt (nb. wg autochtonow ta droga miala nas doprowadzic pod Etne!).

Wysiadamy, kamera laduje na dachu samochodu. Pod nia portfel (najlepszy statyw jesli nie wiecie - najlepiej z ££, kartami i dowodem w srodku). Krecimy film jak za starych dobrych czasow z NTT! Pozniej pare innych szybkich ujec i lecimy dalej... a portfello wiezie sie dalej na dachu, a co!

Sami wiecie co bylo dalej. Pare godzin pozniej - wracamy. Robi sie ciemno. Szukamy... jak przystalo na dobrych trenerow robimy symulacje. Maciej O. uzycza swojego portfello. Wrzucamy go na dach terenowej Corsy... czekamy czy i gdzie spadnie. Ale on oczywiscie uparcie nie chce sie zsunac! Komiczna sytuacja... Maciej O. za kierownica, ja lece za Corsa. W koncu krzycze - "ja juz nie moge!".

Basta! Przerwa na kupe (cos mi mowi ze chyba za duzo pomaranczy zjadlem). Chwile pozniej kontunuujemy poszukiwania, ale bez sukcesu.

Poznym wieczorem, Detektyw Olczykos i Komisarz Kristos uruchamiaja sledztwo. Rekonstrukcja zdarzen. Padaja 2 teorie:

1)Portfello znalazl Pastuch albo 2) Porfello zezarly przyrozne swinie ktore stadami pasly sie w okolicy, spacerujac jedyna droga widmo do Etny! Ciagle jest jednak nadzieja ze sie znajdzie (wg Detektywa Olczykosa - nawet 60%).

W miedzyczasie dzwonie do Polskiego Konsulatu - odbiera Komisarz Katani (Vice-Konsul - Krzysztof Z.). Komuikat brzmi: "Prosze sie stawic w Catanii jutro rano. Wystawie paszport tymczasowy".

Niedziela. 7 rano. Gnamy pieknymi autostradami i tunelami (w Polsce beda takie za okolo 20 lat). Terenowa korsa zmienila sie w wyscigowego bolida 1.3. Detektyw Maciej O. pod wrazeniem sobotniego treningu Kubicy i pole position cisnie gaz do dechy. Nawet GPS sie gubil i wywolal u Macieja O. efekt nerwa :)

10:00 - parkujemy pod konsulatem. Z okazji niedzielnego poranka - mandat za parkowanie! Pan policjanto byl nieugiety - 75 Euro. Olewamy. Komisarz Katani tez nic nie wskoral. Juz o 11 mam nowy paszport (wazny tydzien). Chyba jednak uda sie wyjechac z tej zakletej wyspy...

Przed powrotem na *VIA ARANCIA 2500, krotka wizyta pod Etna (a jednak spisek sie powiodl). Tego dnia zrobimy jakies 700km (a w sumie w 2 dni 998km).

Godz. 14:30. Powrot na miejsce zbrodni. Detektyw Olczykos i Komisarz Kristos w akcji. Godzinne poszukiwania Portfello wnosza nowy watek! Jest nim... Strus! Strus co paradowal w okolicy i wlasnie sie ujawnil. Nie mozna wykluczyc ze tez mogl miec apetyt na swiezo zagubiony portfel. Niedzielnego podejrzenia pozazdroscily swinie, ktore znow sie pojawily na polnej drodze. Tylko Pastuch schowal glowe w piasek.

Marne poszukiwania koncza sie kolejnym szabrem pomaranczy. Caly plecak - w sumie zadka okazja. Jedyne 10 funtow za kilogram... trzeba bylo brac ile sie da :)


*drzewko pomaranczowe co kosztuje jakies 2500zl... :)

Sycily