Wednesday, March 02, 2011

Egipt: Koniec wiz na sline

Odejscie

Mister Mubarak nerwowo poklepal sie po lysinie przeczuwajac nasz nalot na Polwysep Synaj. Od tygodnia swiezbil go maly palec u nogi, a nie chcac nam zepsuc wakacji oddal jednak berlo dyktatorskie dwa dni przez naszym szturmem (naturalnie bojowym liniowcem Monarch!). Po dlugiej i ciezkiej analizie doszedl do wniosku ze skrzetnie odladana miesieczna pensja urzednika panstwowego pozwoli mu na spokojne emerytowanie sie (kieszonkowe szacowane na blisko 30 miliardow dolarow, czyli niewiele jak na 30 letnie poslugiwanie narodowi egipskiemu, bo to jedynie pozycja wice-lidera na liscie najbogatszych ludzi swiata!). Faraoni w katakumbach z zazdrosci wzdychaja...

Propaganda

Edmund Niziurski (kielecki nowelista ktorego namietnie czytalem w czasach podstawowki) nazwalby szum wokol rewolucji egipskiej czyms w rodzaju Wielkiej Kolomyji Elementarnej. Propadanda w Europie wziela gore, ale jedynie rzad angielski 'nie ulegl presji' i pozwolil swoim ziomalom na loty w okolice Morza Czerwonego. I nie szlo tu o to ze Premier D. Cameroon jest super inteligentny, lecz o polityke i wlasny interes, aby zadyszana gospodarka UK nie dostala kolejnej kolki. W ten oto spiskowy sposob zawitalismy w historycznym momencie do wyzwolonego spod dyktatury Egiptu!

Kup Pan wize. Nie pozalujesz!

Na lotnisku w Sharm el Sheikh pan urzednik pokazuje nam nowy (kreatywny) przepis: jesli zamierzasz nurkowac, jechac do Luxoru, Alexandrii badz Kairu - potrzebujesz wize! Jedyne 13 funtow angielskich. Nowoczesna samoprzylepna wiza-nalepka (a to jest progres, bo 9 lat temu wklajalo sie znaczek na sline) laduje w moim nowiutkim nieskazonym biometrycznym paszporcie. Wykupilem, bo zamierzalem nurkowac, a to ze pozniej ani organizatorzy ani rafa koralowa o wize nie pytaly to powinienem byl przewidziec. Coz, przynajmniej mam pamiatke.


















Dahab - Zacisze.

Zakochalismy sie chyba z wzajemnoscia. Dahab dopieszczal nas brakiem dzikich tlumow w postaci turystow jakiejkolwiek masci. Plaza przechadzaly sie frywolnie wielblady potocznie ochrzczone 'kamelami'. Okoliczni Beduni zapraszali na towarzyska herbatke do swoich ledwo stojacych wiat nadmorskich. Slonce w srodku lutego i lekka bryza morska przypominaly o polskim lecie, a wieczorem upijalismy sie pelnia niesamowitego i ogromnego (niczym powiekszonego pompka Pana Kleksa) pomaranczowego... ksiezyca.

Obraz kraju

Dzisiejszy Egipt to niestety kazdy orze swoja pustynie jak moze. Obluga w hotelu zarabia marne 500-600 funtow egipskich (EGP) / miesiac. Kadra zarzadzajaca hotelu bez pomyslu na zarzadzenie - fakt ze bylo malo turystow mozna przeciez wykorzystac na porzadki i reperacje hotelu (od oczyszczenia plazy po drobne naprawy), lecz "Management" wolal jednak aby i tak juz zredukowana obsuga leniuchowala caly dzien w cieniu lub kopala w pilke miedzy soba. A moze to ja mam swira na punkcie zarzadzania?

Po plazy biegaja dziewczynki 10-12 letnie sprzedajac uplecione branzoletki na reke, eliminujac sie z i tak marnego systemu edukacji. Gdzies co jakis czas wyrasta Zachodni sieciowy hotel. Mozna go poznac po ogrodzeniu (najczesciej go ma i jest to solidny mur). Tym odroznia sie od hoteli lokalnych, ktorych granice wyznacza plot zrobiony (w zaleznosci od fantazji) z: haldy gruzu, sznurka przciagnietego pomiedzy palikami, kilku drewnianych belek lub zerdzi pozbijanych ze soba lub usypanej gorki ziemi polukrowanej kawalkami szkla z rozbitych butelek.

Wielu mlodych i wyksztalconych marzy o ucieczce na Zachod, ale wiza do Europy to koszt blisko 100,000 EGP. Zdecydowanie poza zasiegiem.

Beduini czesto gesto nie przepadaja za Egipcjanami i vice versa. Okazuje sie ze podczas rewolucji to oni byli wlasnie pro-Mubarakowi.

Kultura menzczyzn. Znow sie nie moglem nadziwic naroznym bezalkoholowym 'barom' gdzie schodza sie okoliczni panowie w sukienkach (czytaj: kurtach) na przeslodzona herbatke pita z kieliszkow. Do tego sziszka i mecz Ligi Mistrzow w TV. Mozna przez chwile poczuc sie jak w angielkim pubie. Bezcenne!

Handel: nic co handlowe juz mi obce nie jest. Targowanie sie, zawyzone ceny etc. Ile razy juz to przerabialem? Azja, Ameryka Poludniowa. Koledzy z Bliskiego Wschodu niczym im nie ustepuja. Zlapalem sie jednak na przypadek osobliwy, kupujac szisze od Egipcjanina ktory przyjal metody sprzedazy po europejsku. Bez presji, bez wielkich negocjacji, ale i tak drozej niz w pozostalych sklepach! Podzialalo. Przynajmniej na mnie.

No i na deser: wszechstronna, wieczna, nieustajaca, popularna i uwielbiana: korupcja.

Saturday, May 22, 2010

Peru Mistyczne cz. 2

Plaskowyz Nazca a wraz z nim jego pre-Inkaskie ryciny prazyl sie w grudniowym sloncu oczekujac naszej wizyty. 40 metrowy pajak, 120m kondor, malpa i inne rysunki widoczne jedynie z lotu to najprawdopodobniej odzwierciedlenie gwiazdozbiorow, choc niektorzy szalency twierdza ze to ladowisko kosmitow. Po zaplaceniu 20 soles podatku lotniskowego (i 50 USD za lot) wciskam sie pomiedzy 2 japonczykow i pilota na poklad. Hop siup i juz samolocik sie telepie jak furmanka po wiejskiej drodze, a moje wnetrznosci wraz z nim. Zoladek szybko wskoczyl mi do gardla i pozostal tam przez kolejne 35 minut.

Od godziny 21 idzie nam sie zmierzyc dluga droga do miasta Cuzco, skad juz niedaleko do Machu Picchu. Na szczescie nie jest to popularny "chicken bus" z kurami, kozami itp, ale sa inne atrakcje i zapachy w srodku. Autobus przez 14 godzin lawiruje w serpentynach gorskich. Zaczyna sie choroba wysokosciowa i bole glowy. Ulga o 7 rano. Przystanek na sniadanie. Gdzies wysoko posrod porannej mgly babinka peruwianska wystawila 2 wielkie kotly (w piekle chyba takich nie maja!). Posrod dymu serwowane sa ogromne kolby kukurydzy, wielkie kawaly miecha, bialy ser (jakby lekko podsuszony). A zamiast psow czy kotow swawolnie lataja sobie przydrozne swinie. Folklor ze hej!

Docieramy na ponad 3,300 m n.p.m. do Cuzco. Taxi z dworca za 3 soles. Wysiadamy pod hotelem, a taksiarz krzyczy ze 3 soles... ale od osoby! Spryciarz. Coz trzeba bylo sie dokladnie pytac. Choroba wysokosciowa coraz mocniej wkrada nam sie pod czaszki. Po poludniem kupujemy w agencji turystycznej u Rudiego 3 dniowa wycieczke po Swietej Dolinie Inkow. Jedyne 180 USD na glowe. (Pozniej okaze sie ze to samo mozna kupic za 135 USD, ale Rudy jakos na swoje zlote zeby musial zarobic!).

Kolorowy targ w Pisaq, lunch w Urubamba, ruiny miasta Inkow w Ollantaytambo a to wszystko okraszone lokalna przewodniczka co myslala ze mowi plynnie po angielsku, bo jakims sposobem wiecej rozumialem z jej hiszpanskich opowiesci!

Dzien numer dwa to pobudka przed bladym switem o 3:45 i marsz w kierunku pociagu do Aquas Calientes. Stamtad jest juz tylko 30 min autobusem do Machu Picchu.





cdn.........

Wednesday, April 21, 2010

Peru Pacyfikowe - cz. 1

Gdy wszyscy szaleli na przedswiatecznych zakupach, przebierajac nogami w kolejce w Tesco w oczekiwaniu na swoja sztuke karpia, ja szykowalem sie do wyprawy do Peru. Wyjazd gwarantowal strzelanie karpia przez blisko 3 tygodnie! A w diecie mialy sie pojawic takie smakolyki ja swinka morska, lama, ceviche (marynowane owoce morza), mate de coca (lokalna herbatka - i wcale nie chodzi tu o herbatke u szamana).

Trasa prowadzila od Limy na poludnie wzdluz Pacyfiku do Pisco, wyspy Islas Ballestas, Ica, Huacachina (miasto otoczone wydmami), Nazca (ryciny na pustyni), Cuzco i Swieta Dolina wraz z Macchu Picchu, Puno i jezioro Titicaca, Bolivia (tu w sumie nie mielismy sie pojawic ale tak wyszlo!), Arequipa, Kanion Colca i powrot do Limy. A wszystko to jedyne 3-4,000 km czyli prawie na 1 glebokim wydechu.

Jak sie okazalo na wstepie, ulubionym drinkiem stal sie Pisco (40% alkohol na bazie winogron), podawany jako drink o nazwie Pisco Sour (kwasny) z ubitym bialkiem z jajka. Moja kompanka podrozy, Betka, szybko uczciwie stwierdzila ze pisco robi w glowie "peace" (s-pokoj), wiec delektowalismy sie nim bez skrupulow.

Podrozujac po kraju lokalnymi autobusami (kupujac czasem imienne bilety pod przybranym i popularnym wsrod Peruwianskiego narodu nazwiskiem "Brzeczyszczykiewicz") mielismy wrazenie jakby caly kraj nam kibicowal. Kazdy chcial byc pomocny, sluzyl rada. Do tego stopia ze jadac do miasta Pisco, caly autokar jednoczesnie wrzasnal "jeszcze nie!!" w momencie gdy chcielismy wysiasc za wczesnie.


22 grudnia, Rezerwat Paracas, Pacyfik.
Calodzienna wycieczka za jedyne 65 soles (prawie 65zl). Na wyspach ala Galapagos podziwiamy tysiace ptakow (przez co noszenie czapki jest surowo wskazane bo ciagle cos leci z nieba), fok, lwow morskich, pigwinow. Wycieczke obsluguje Pan Capo. Potezny, owalny Peruwianski Ojciec Chrzestny ktory zajmuje 2 fotele w mini-busie. Capo nie rozstaje sie przez caly dzien ze swoim stacjonarnym aparatem telefonicznym trzymanym pod pacha, ktory o dziwo dzwoni. Nawet na pustyni! Cuda techniki peruwianskiej... daleko nam do takich rozwiazan.

23 grudnia, Huacachina. Miasteczko-Oaza, tuz za Ica. Oczko wodne, palmy a dookola wydmy. Na dzien dobry przepyszne sniadanie, czyli to co zawsze: bulki jak suchary, nieslone sadzone jajka, rozpuszczalna kawa Nestle na wodzie. A wszystko to przychodzi w sporych odstepach. Wieczorem jazda na deskach po wydmach (sandboarding) ktore rownaja sie wysokosci 4 pietrowego bloku. A wszystko to na brzuchu, w dol, na kreche az mi zerwalo moja marokanska czapke z glowy po ktora juz nie mialem sily sie wdrapac na 3cie pietro wydmowe. Na koniec szalona jazda po piaskach terenowym bolidem. Gora, dol, gora, dol - w ciemnosciach. Niezla adrenalina, po ktorej idziemy sie wzmocic szklaneczka Pisco Sour.

24 grudnia, Wigilia na pustyni. Lokalna rodzina z hostelu zaprasza nas na wigilijna kolacje. Start o godz. 23:00. Rozpoczyna sie drinkiem Pisco Libre (pisco z cola). Czekamy do polnocy, kiedy to jedno z dzieci podklada figurke Pana Jezusa do szopki. Czas zaczac biesiade... jak tylko dzieci rozpakuja swoje prezenty! Zajmuje to skromne 1,5 godziny bo podarki pietrza sie jeden na drugim. Wreszcie kolacja. Hurrra! Kazdy dostaje porcje indyka i wieprzowe kotlety. Wszystko polane gestym musem jablkowym i zagryzane Pandoro (wloska babka z owocami). Do kulinarnego folkloru dolaczyla polska kutia, dwa wina oraz przygotowana przeze mnie salatka z tunczyka. Co chwila wznosimy kielichy mowiac na zmiane "na zdrovije", "salud" lub "Pistola, pistola" - tak kolega Victor zapamietal nasze "sto lat, sto lat", ktore zaspiewalismy dzien wczesniej.

Przed wyjsciem na kolacje powiedzialem do mojej kompanki Betki - "Bog jest Wielki". Zgotowal nam niesamowita kolacje wigilijna, wsrod dobrych i serdecznych ludzi (a balismy sie gdzie wyladujemy). W pelni to podtrzymuje i dziekuje ze moglismy sie dla odmiany znalezc sie w tym miesjcu i doswiadczac jak inni swietuja narodziny Jezusa. Tesknilismy chwilami za domem, ale takie swieta tez trzeba przezyc.

Tuesday, December 29, 2009

Magiczne Peru

Tak duzo sie dzieje podczas tej wyprawy ze nie nadazam z pisaniem dziennika z podrozy. Pelny wpis na blogu nastapi pewnie po powrocie...

Jedno jest pewne. Zdobylem wczoraj Machu Pîcchu oraz otaczajaca go gore Wayna Picchu (2600m npm). Niesamowite doswiadczenie. Chcialo sie tam zostac i patrzec w nieskonczonosc. Niby zwykle miasto zbudowane na wysokosci 2400m npm ale jest w nim cos mistycznego, magicznego... Czuje sie ducha Inkow... (a z ciekawostek dodam ze zbudowanie MP zajelo okolo 40 lat i bylo budowane przez 10,000 pracownikow, po to aby mogla zamieszkac w nim elita Inkow... jak szacuja naukowcy, jedynie 500 osob!)

Thursday, October 08, 2009

Kula u nogi na Majorce

Wybila 9.00 rano 30 wrzesnia kiedy moja noga stanela na jeszcze nie odkrytym przeze mnie ladzie - Majorce. Poltorej godziny pozniej w Alcudi nowa wyspa szybko przypiela mi kule u nogi: Hotel BelleVue w wersji all inclusive. Sam o to prosilem, ale w koncu w zyciu trzeba wszystkiego sprobowac...

Potem byl juz tylko szok za szokiem. Tlum Angielek o owalnych gabarytach i urodzie odziedziczonej po Mary Ann Bevan*. Do tego dochodza jedyni w swoim rodzaju Angielscy macho ze zlotymi grubymi lancuchami na szyji i dziargami na calym ciele - im wiecej tym lepiej, wlacznie z tatuazami na calej twarzy! Wszyscy mieli jakis przedziwny akcent po ktorym stwierdzilem ze nie znam jednak angielskiego i jesli to jest prawdziwy obraz Anglii to ja chyba nie chce juz starac sie o UK paszport!

Ciekawe ze trzeba pojechac az na Majorke aby zobaczyc jak wyglada Wielka Brytania. Wplyw angielski w popularnych kurortach jest tak duzy ze lokalne restauracje serwuja "English breakfast" przez caly dzien, a bary pokazuja non stop angielska pilke nozna. Skoro jest popyt musi byc odpowiednia podaz, nie?

Na szczescie ucieczka byl wypozyczony rower, pol dzikie plaze, genialny wschod slonca, karmienie ryb z reki w zatoce (bulka wykradziona ze stolowki)... no i slonce, slonce i prawie 30C na poczatku pazdziernika. Rewelacja!

* Ogloszona najbrzydsza kobieta swiata na poczatku XX wieku. Wikipedia: http://en.wikipedia.org/wiki/Mary_Ann_Bevan

Sunday, August 02, 2009

Powitanie z Afryka czyli cinkciarze na weselu

Okazuje sie ze wcale nie trzeba jechac do Afryki, aby ta sie uklonila i powiedziala do Ciebie "Dzien Dobry!". Mialem okazje uczestniczyc w nigeryjskim tradycyjnym weselu we wschodnim Londynie.... i to jako SWIADEK (Bestman!), a wiec powazna sprawa!

W sumie to moja podroz po angielskiej Nigerii zaczela sie od tego, ze najpierw musilismy kupic dwa takie same garnitury (dla Pana Mlodego oraz dla mnie jako swiadka). Argument byl taki, ze tak nakazuje tradycja. Pierwszy budzet o jakim uslyszalem to bylo po 1200£ za sztuke co mnie troche przerazilo - na szczescie po negocjacjach udalo sie kupic stroje po 200£ kazdy. Ufff....

Sobota, 1 sierpien - wybila godzina zero. Pan Mlody poprosil abym spotkal sie z nim w mieszkaniu znajomego o godzinie 7:30 rano! Nauczony doswiadczeniem ze koledzy z Afryki raczej slabo znaja sie na zegarkach pojawilem sie na miejscu o 8:45, i tez bylo ok. Do okolo 9.30 krecilismy sie troche bez celu, a nawet udalo mi sie skoczyc do sklepu i zrobic nam sniadanie, tuz po czym Pan Mlody zakomunikowal mi ze musi sie zdrzemnac bo oka nie zmruzyl ostatniej nocy. He?! Popatrzylem ze zdziwiono-rozdziawiona mina. Ale przeciez za 1,5 godziny mamy byc w kosciele! Kolega Diposki (spolszczona ksywka od Oladipo), wskoczyl do lozka i nakryl sie koldra, a ja w miedzyczasie pojechalem odebrac jego ojca z domu znajomego.

O 10:30 Diposki przypomial sobie ze trzeba jeszcze umyc jego samochod... a jak wspomnialem ze o 11:00 powinnismy byc w kosciele, to machnal reka mowiac ze mamy duzo czasu. I faktycznie! Bylismy na miejscu o 12:08. Panna Mloda juz czekala pod kosciolem (*NB: nie ma tu tradycji ze Panstwo Mlodzi podjezdzaja razem).

I juz prawie wskakujemy w biegu do kosciola... kiedy to wyrasta przed nami fotograf i kaze pozowac przez kolejne 15 minut! Kiedy juz udaje sie oswobodzic ze szpon paparazzi udajemy sie na pierwsze pietro budynku. Tam powoli zbieraja sie goscie, ubrani w tradycyjne niegeryjskie stroje. Sala plonie w kolorach. Zolty, czerwony, niebieski, zielony... Maly chorek (w stylu gospel) zaczyna nucic religijne piesni i wszyscy wpadaja w trans tanczac, klaszczac i spiewajac wedlug wlasnego uznania. Ja i Diposki w takim wlasnie preludium bedziemy jeszcze trwac przez godzine (!). Tance i spiewy az wszyscy sie dobrze rozgrzeja. (A Panna Mloda ciagle siedzi w samochodzie i czeka! A co... mamy przeciez czas!). Cala ceremonia trwa okolo 3 godzin - wiekszosc czasu to wlasnie spiew i taniec, a ze stalem w rzedzie numer jeden to nie mozna bylo sie obijac. Nawet kiszki marsza mi graly w rytm tej muzyki! Ale nic to, po kosciele jeszcze tylko sesja zdjec w parku i juz mozna bedzie jesc!

Halo, halo! Okazuje sie ze nie tak predko. Po ceremonialnym i rytmiczno-tanecznym wejsciu na sale bankietowa (salka przy kosciele, bez okien i wentylacji - idealnie tworzyla makroafrykanski klimat o tempetarurze 35C!) zostajemy usadzeni na krolewskich fotelach na podwyzszeniu. Ci co sprawniejsi siedza przy stolach (okolo 200 gosci) - niestety nikt nie przewidzial ze kolejne 100 osob bedzie sie tloczyc w holu i przy drzwiach, wiec na predce na zewnatrz budynku dostawiane sa stoliki i krzesla, lub tylko krzesla jak juz zabralko stolikow.

Nagle ktos sobie przypomnial ze mozna by wlaczyc wiatraki, bo temperatura w sali robila sie powoli nie do zniesienia nawet dla moich afykanskich kolegow. Chwile pozniej za moim plecami (akurat tam bylo jedno z niewielu gniazdek) staje wiatak conajmniej mojej wielkosci. Po wlaczaniu sprawil ze prawie odlecialem wraz z moim krzeslem!

Waznym punktem ceremoni jest wygloszenie przemowienia przez swiadka. Zanim sie zorientowalem stalem przed tlumem 300 osob mowiac "ladies & gentlemen... baunji?" (jak sie macie?). Przez okolo 6-7 min produkowalem sie robiac zarty z Pana Mlodego i tego jak pod wplywem znajomosci ze swoja ukochana zmienil sie z ryczacego lwa w potulna myszke.

Jest dobrze - lecimy dalej. Panstwo Mlodzi nadal siedza w swoim podwojnym krolewskim fotelu i obserwuja (nic nie jedza, bo tak jak ja oni tez nie maja stolika, a nie przyszlo im do glowy ze w powietrzu tez mozna jesc!). Chwile pozniej oberwala mi sie jakas wolna porcja (ryz, pataty z duza iloscia chili, dwa liscie salaty i spalona noga od kurczaka). Dawno juz jedzenie nie smakowalo tak dobrze...

Po przemowach i innych atrakcjach zaczynaja sie tance (jakbysmy jeszcze dzis nie tanczyli!) i wtedy dopiero zrozumialem po co na weselu sa podtrzebni cinkciarze! A bylo ich dwoch (ubrani na czaro, z wielkimi lancuchami na szyji oraz ciemnymi okularami slonecznymi). Obnosili sie po calej sali trzymajac w reku po dwa wielkie pliki 1-no dolarowek. Okazuje sie, ze tradycja nakazuje Mlodej Parze tanczyc a gosciom obsypywac ich pieniedzmi (a swiadkom przenikac na czworaka pomiedzy tanczacymi i zbierac pieniadze!). Wybor padl na banknoty jednodolarowe, bo obrzucanie funtem w bilonie nie wyglada tak atracyjnie (no i pewnie troche boli jak sie dostanie moneta w glowe). A ze chodzacy kantor jest na miejscu to wszystko wreszcie mialo sens.

Impreza dogorywa okolo godziny 21:00. Spora czesc ludzi ulatnia sie z podarkami - okazuje sie ze ktos byl chojny i podarowal niektorym gosciom zestawy wiatrakow i wag. Widzialem tez sporo osob maszerujacych z szczotkami do mycia toalety. Niestety nie udalo mi sie zalapac na zaden z tych prezentow - musialem cos przeoczyc chyba przez to ze wypilem tylko 1 kieliszek wina.